• Home
  • /
  • LIFE
  • /
  • Malujemy łóżeczko dla syna

Malujemy łóżeczko dla syna

Czas planowania kącika dla pierworodnego trwał chyba najdłużej z całej wyprawki, mimo iż widząc obecne efekty nikt by nie powiedział, że planowanie było zbyt skomplikowane. Problem polegał na ograniczonym miejscu w naszej sypialni na łóżeczko, a dokładnie ograniczał nas skos ściany co do wysokości łóżeczka. Także te bardziej wypasione, zdobione i wydziwiane nie wchodziły w grę. Chociaż i tak woleliśmy coś prostego. Co do formy nie było zastrzeżeń, ale z kolorem było już gorzej. W internetach tyle inspiracji, tyle pomysłów… ach. Więc stanęło na standardowym białym łóżeczku. Szukaliśmy, chodziliśmy po sklepach, mierzyliśmy na wysokość i … i nic. Nic nie było godnego uwagi, a jak już się znalazło to producent wyceniał swoje dzieło na tysiące złotych (nie żartuję!). Poza tym konstrukcja by się nie zmieściła w naszym kąciku.

Temat odłożyliśmy na jakiś czas i jak już znalazłam to co chciałam, to M. naszły wątpliwości czy biały będzie współgrał z naszą sypialnią. No bo przecież ściany w kolorze cappucino, szafy w ciemnym brązie i łóżko jasne. Więc gdzie tu synergia z kolorem białym? Hmmm, właśnie nijak. Zburzyło to cały mój pogląd, a przecież pokoiki z białymi łóżeczkami w necie tak pięknie wyglądają… (smuteczek). Trzeba zderzyć się z rzeczywistością i dobrać coś co będzie pasowało do naszego otoczenia a nie do „internetu”.

Tym sposobem wpadłam na genialny pomysł. Pomaluję łóżeczko na taki kolor jaki będzie mi się podobał. Szczęśliwy traf chciał, że na strychu w moim domu rodzinnym było łóżeczko, w którym ja spałam, moje siostry i kilkoro jeszcze innych dzieci. Mebelek był prosty z płaskimi szczebelkami i miał ponad 30 lat. Co prawda pokryty był brzydką ciemnobrązową farbą, ale kto w tamtych czasach miał wybór? Stwierdziłam, że po oszlifowaniu i pomalowaniu będzie miało nowe życie. Jak też pomyślałam tak i zrobiłam. Zaczełam od szlifowania. Wszystko byłoby ok, ale w kilku miejsach na łączeniu elementów drewno było tak poniszczone i wyłamane, że nawet śruby nie można było wkręcić. Musiałam odpuścić. A farba już czekała….

fot. Ponad 30-letnie łóżeczko przed i po szlifowaniu.

Od początku pomysł z malowaniem łóżeczka nie podobał się M. – Przecież to śmierdzi, na pewno jest to toksyczne, przecież za dużo roboty, jeszcze pył ze szlifowania będziesz wdychać. Kupmy nowe i po problemie. Ale jak już powiedziałam A, to trzeba było powiedzieć B. Kupiłam najzwyklejsze łóżeczko sosnowe i znalazłam bardzo ciekawą farbę, o dziwo nietoksyczneą. I do tego z fajną paletą barw. Są to farby kredowe – Chalk Paint Annie Sloan. Moim kolorem, na który od razu się zdecydowałam to Duck Egg Blue, czyli taka brudna mięta w połączeniu z szarością. W sam raz na łóżeczko dla naszego syna. Zrobiłam odpowiedni research, kobiety w ciąży mogą bez problemu malować, świetnie kryją i nie trzeba wcześniej szlifować powierzchni. Chyba że są na niej zacieki starej farby albo inne wybrzuszenia.

Samo malowanie to była łatwizna. Przy deszczowej pogodzie praca w domu zajęła mi dwie godzinki. Nic nie śmierdziało i co dziwne, było suche już po kilku minutach. Druga warstwa nie była potrzebna, ale farby trochę mi zostało, więc na następny dzień pomalowałam raz jeszcze. Produkt sam w sobie jest wydajny. Można go trochę rozrzedzić wodą aby było go więcej lub pozostawić otwartą puszkę na pewną chwilę aby był gęstszy. Farby sprzedawane są w puszkach w dwóch pojemnościach: 120 ml oraz 1 litr. Ta mniejsza w zupełności mi wystarczyła. Malowana powierzchnia jest szorstka w dotyku, dokładnie tak jak kreda i trzeba na nią uważać, ponieważ łatwo ją zarysować.

Następny etap, czyli zabezpieczenie farby. Ja wybrałam produkt z tej samej firmy, a dokładnie bezbarwny wosk. I tutaj zaczęły się schody. Szczególnie wtedy jak M. skwitował ten pomysł -A nie mówiłem? Wosku nie powinny używać kobiety w ciąży, jest śmierdzący, korzystać z niego można najlepiej na świeżym powietrzu lub w pomieszczeniu gdzie można zrobić przeciąg, jest toksyczny, może wywołać uczulenie itp. Ale już po wyschnięciu, co trwa nawet od 5 do nawet 21 dni jest twardy i jest ok. Nasuwa się pytanie co w momencie kiedy dziecko zacznie ząbkować i obgryzać szczebelki? Na ten temat nic nie ma w instrukcji, którą dostajemy razem z zamówieniem. Dla pewności można kupić silikonowe nakładki na górną część łóżeczka.

Ok. Ale czy są jakieś plusy? Z pewnością łatwość rozprowadzania wosku. Ma on konsystencję kremu i czystą szmatką należy go wetrzeć w powierzchnię, prawie jak krem do rąk. Oczywiście musiał to zrobić M. co nie do końca mu się podobało. Efekt ostateczny? Po utwardzeniu wosku czuć w dotyku, że kreda jest zabezpieczona. Ale jak to będzie wyglądało w rzeczywistości, to czas pokaże.

M. woskował w piwnicy, więc mogliśmy porównać brudno-szarą mięte (inaczej zwaną niebieskim kaczym jajem) do miętowego roweru. W zależności jak pada światło, kolor łóżeczka wpada w niebieskie lub szare tony.

Efekt końcowy prezentuje się poniżej i czeka już na małeg lokatora. Czy bym powtórzyła wybór z farbą i woskiem? Nie wiem. Zastanowiłabym się dwa razy, chociaż paleta barw Annie Sloan jest oryginalna i dzięki temu szybko się na tę firmę zdecydowałam. Mam małe obawy co do tego wosku i użytkowania go przy dziecku.

2 komentarze

Dodaj komentarz