Jak przyspieszyć poród?

Dzisiejszym dzieciom chyba nie spieszy się na nasz świat. I co tu się dziwić, tyle zła i nienawiści, przed którą chcemy nasze maleństwa ustrzec. Może to nie jest reguła, ale u większości moich znajomych dzieci rodziły się po wyznaczonym terminie. U mnie tak samo, nie chciało mu się wychodzić, dobrze mu było w środku 😉 Jednak gdy zbliża się data ustalona przez ginekologa, to z jednej strony nie możemy się doczekać rozwiązania, a z drugiej pojawia się mały strach, czy wszystko się uda bez komplikacji. I w końcu nadchodzi długo wyczekiwany dzień a tu ani widu ani słychu tam ze środka 😉 Maluch sobie siedzi i nie myśli o wyjściu.

Zastanawiamy się więc co tu zrobić, aby wywołać poród. Sposobów jest kilka, każdy z nich przetestowałam. Czy pomogły?

Na pierwszy ogień poszedł ananas. Świeży owoc, sok z niego a nawet ten słodzony z puszki. Niestety ten sposób zawiódł.
Drugim sposobem było ostre jedzenie. Na co dzień nie stronię od mocnego przyprawiania dań z duuuuuużą ilością czosnku, pieprzem cayenne, chilli i innymi papryczkami jak piri-piri. Lubię ostre ale w takim stopniu aby jeszcze czuć smak jedzenia, więc nie ma powodu do niepokoju 😛 Zatem skoro nie jest mi obce ostre jedzenie, to postanowiłam trochę bardziej przeciągnąć tę granicę. Niestety bez żadnych skutków.

Ruch, to jest to czego kobiecie w ostatnim miesiącu mniej się chce, bo już za ciężko, nogi bolą, zadyszka itp. Są kobiety, które do końca wykazują się mega aktywnością. Jednak ja się troszkę rozleniwiłam w tym czasie, ale jak już próbowałam sposobów na wywołanie, to tu też zwiększyłam swoją aktywność w ramach zdrowego rozsądku. A więc wchodzenie po schodach, długie spacery. W związku z tym, że mieszkamy w górach, to też wyskoczyliśmy na naszą góreczkę, którą przy zwykłej aktywności pokonujemy w godzinkę. Teraz czas wędrówki nam się nieco wydłużył z wiadomych przyczyn, ale intensywnie było. Niestety bez rezultatów. Młodemu za bardzo podobało się w brzuchu.
Oprócz powyższych prób codziennie była też inna aktywność ruchowa, czyli seks. Dla niektórych temat kontrowersyjny w zaawansowanej ciąży, dla innych nie. Ale ja wychodzę z założenia, że jeżeli chcesz i możesz, to czemu nie. Ma być ci wygodnie, więc wystarczy pokombinować z pozycjami i razem z partnerem będziecie zadowoleni. A dziecku nic się tam w środku nie stanie, tyle mitów w tym temacie krąży… 😄 Niestety ten sposób również nie okazał się skuteczny.

Na koniec zostawiłam dla Was wg. mnie najbardziej osobisty przypadek. Otóż bardzo lubimy chodzić na Stand-up’y. Zawsze jak są występy u nas w Bielsku, to razem ze znajomymi łykamy bilety i pędzimy po dawkę niezłego humoru. Trzeba ten sposób rozrywki naprawdę lubić, ponieważ są tacy co nie skumają żartu i dla nich będzie wieczór stracony. Mamy swoich ulubieńców, nazwiska których nie można przegapić. A że komicy występują podczas stand-up’u w kilka lub nawet kilkanaście osób, to bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki i trzeba brać od razu jak je rzucają. Przeważnie dwa lub trzy miesiące wcześniej. I tak było w naszym przypadku, nasz ulubieniec z ekipą miał występ dzień przed planowanym porodem. Kupiliśmy więc bilety nie wiedząc czy pójdziemy na show czy nie. Jednak czułam się świetnie w tym terminie i stwierdziliśmy, że taka dawka śmiechu z pewnością wywoła poród, co da komikom materiał na swoje występy. Lubimy wyzwania, zawsze siadamy w pierwszym rzędzie żeby pokonwersować ze stand-up’erem ze sceny. On wtedy improwizuje i nikt nigdy nie wie co z tego wyjdzie. Musze dodać, że mój M. uwielbia koszulki z napisami i tego dnia nałożył specjalnie czerwoną, rzucającą się w oczy o dwuznacznym brzmieniu „przyjdzie Antoni, wszystkich obroni”. Akurat nasz ulubiony komik ma tak na imię. Ci co oglądają stand-up’y pewnie już wiedzą o kogo chodzi. Dodatkowo moja ciąża i fakt, że to moje pierwsze a M. to już trzecie dziecko będzie, również dał powód do śmiechu. Rozmowa i występ tak się potoczyły, że łzy ze śmiechu lały mi się wiadrami, już brzuch nawet bolał ze śmiechu. Niektórzy sobie żartują, że ze śmiechu można urodzić. Ale niestety tak też nie było w moim przypadku. A miałam cichą nadzieję, że będzie co opowiadać przy rodzinnych biesiadach 😉

Wniosek z tego jest taki, że żaden z powyższych sposobów dla mnie nie był skuteczny. Dziecko samo sobie wyznaczyło moment pewnej grudniowej nocy, tydzień po wyznaczonym terminie. Gdyby nadal byłoby mu niespieszno, to skończyłoby się pewnie wywołaniem. Ale na szczęście dał mamie sam od siebie sygnał, że jest gotowy do wyjścia.

A Wy jakie miałyście sposoby na wywołanie porodu i czy faktycznie były skuteczne?

Dodaj komentarz